Adam Styka. Ku jedności widzenia
Magdalena Krajenta
W polskiej sztuce XX wieku trudno znaleźć drugiego artystę, który z taką konsekwencją traktowałby malarstwo jako narzędzie poznawania świata jak Władysław Strzemiński. Kilkadziesiąt lat później, w tej samej łódzkiej tradycji myślenia o sztuce dojrzewał Adam Styka. Nie przejął języka unizmu ani programu awangardy. Pozostał jednak wierny temu, co wydaje się najistotniejsze w dziedzictwie Strzemińskiego: przekonaniu, że obraz nie jest ilustracją rzeczywistości, lecz rezultatem uważnego procesu widzenia.
To właśnie widzenie stanowi jeden z najważniejszych kluczy do twórczości Adama Styki. Nie chodzi przy tym o patrzenie rozumiane jako bierna rejestracja świata, lecz o proces znacznie głębszy - próbę odnalezienia ukrytych zasad porządkujących rzeczywistość. Artysta przez całe życie pozostawał wierny malarstwu. W czasach, gdy kolejne nurty ogłaszały kres obrazu, gdy sztuka wielokrotnie próbowała przekroczyć własne granice i porzucić tradycyjne medium, Styka niezmiennie wracał do płótna. Malarstwo nie było dla niego jednym z możliwych środków wypowiedzi. Było celem samym w sobie.
Droga ta nie prowadziła jednak ku powtórzeniu zastanych form. Przeciwnie. Była nieustannym poszukiwaniem własnego języka, który pozwoliłby połączyć doświadczenie natury z porządkiem myśli, emocję z konstrukcją, spontaniczność z dyscypliną. Punktem zwrotnym okazało się "Fioletowe drzewo" z 1979. Dzisiaj można patrzeć na ten obraz jak na moment narodzin całego późniejszego świata malarskiego artysty.
Na początku było bowiem drzewo
Nie jako temat obrazu, lecz jako doświadczenie. Drzewo obserwowane, przeżywane, studiowane. Linie gałęzi, rytm rozrastających się konarów, pulsowanie światła pomiędzy liśćmi, naturalna organizacja wzrostu i rozwoju. To właśnie natura stała się dla Styki pierwszą nauczycielką kompozycji. Nie interesowało go jednak odtwarzanie jej wyglądu. Od początku dążył do czegoś bardziej fundamentalnego - do uchwycenia zasad, według których jest zbudowana.
Dlatego drzewo stopniowo znika z jego obrazów jako rozpoznawalny motyw. Pozostaje natomiast jego wewnętrzna struktura. To, co było gałęzią, staje się linią. To, co było liściem, przeobraża się w znak. To, co było światłem przesączającym się przez koronę drzewa, staje się relacją barw i napięć wewnątrz obrazu. Natura nie zostaje porzucona. Zostaje przetłumaczona na język malarstwa.
Przez kolejne dziesięciolecia Adam Styka buduje własny alfabet form. Powracają w nim elementarne figury geometryczne, układy osi, rytmy i podziały organizujące przestrzeń obrazu. Nie są one jednak przejawem chłodnej kalkulacji ani formalnego rygoru. Geometria w jego twórczości nigdy nie staje się celem samym w sobie. Jest sposobem porządkowania doświadczenia widzenia.
Równorzędnym bohaterem tych obrazów pozostaje kolor. Nie opisuje on świata zewnętrznego ani nie pełni funkcji dekoracyjnej. Tworzy własną rzeczywistość. Niekiedy pulsuje subtelnie, niemal niezauważalnie, innym razem rozświetla płótno intensywnym blaskiem. Wprowadza życie tam, gdzie konstrukcja mogłaby zamienić się w schemat. Dzięki niemu obrazy Adama Styki zachowują szczególną równowagę pomiędzy rozumem a intuicją.
Z biegiem lat język ten staje się coraz bardziej syntetyczny. Artysta eliminuje wszystko, co zbędne. Pozostawia jedynie to, co konieczne. Proces ten przypomina drogę wielu wielkich twórców, którzy wraz z upływem czasu nie dodają do swoich dzieł kolejnych elementów, lecz stopniowo odsłaniają ich istotę. Każdy nowy obraz staje się efektem koncentracji doświadczeń zdobywanych przez dziesięciolecia.
W najnowszych pracach Adama Styki odnajdujemy ślady całej tej drogi. Powracają fascynacje naturą, choć już nie w postaci pejzażu czy organicznego motywu. Obecne są jako ukryty porządek organizujący strukturę obrazu. Powraca zainteresowanie geometrią, lecz oczyszczoną z doktryny i podporządkowaną intuicji malarskiej. Powraca kolor, który nie opisuje świata, lecz buduje jego emocjonalny wymiar. Powraca światło - nie jako efekt, ale jako źródło obrazu. Powstają kompozycje niezwykle klarowne, a zarazem otwarte. Monumentalne, lecz nie przytłaczające. Zdyscyplinowane, ale pełne wewnętrznego ruchu. W ich strukturach można dostrzec wieloletnie doświadczenie artysty, jednak nie ma w nich nic z podsumowania czy zamknięcia. Przeciwnie. Zachowują świeżość nieustannego poszukiwania.
Bo twórczość Adama Styki nie jest historią dochodzenia do ostatecznej odpowiedzi. Jest historią nieustannego zadawania tego samego pytania: w jaki sposób obraz może stać się równoważnikiem ludzkiego doświadczenia świata?
To pytanie pozostaje aktualne również dzisiaj. W epoce nadmiaru obrazów, gwałtowności komunikatów i nieustannego rozproszenia malarstwo Adama Styki przypomina o wartości skupienia. O potrzebie uważnego patrzenia. O możliwości odnalezienia harmonii nie poprzez ucieczkę od rzeczywistości, lecz poprzez głębsze jej zrozumienie.
Dlatego najnowsze obrazy artysty można postrzegać jako szczególną syntezę całej jego twórczości. Spotykają się w nich doświadczenia wielu dekad, lecz jeszcze ważniejsze jest to, że spotykają się w nich dwa porządki obecne od samego początku: natura i myśl. Widzenie i forma. Wolność i ład.
A przede wszystkim - niegasnąca wiara w malarstwo.