Rozmowa z kolekcjonerem Grzegorzem Bielowickim
Aukcje prywatnych kolekcji sztuki na stałe wpisały się w kalendarze światowych domów aukcyjnych, notując rekordowe transakcje. Po zeszłorocznych sukcesach projektów w tym segmencie mamy wielką przyjemność zaprezentować aukcję "Między abstrakcją a geometrią. Dzieła z kolekcji Grzegorza Bielowickiego". Nadchodząca aukcja to zbiór dzieł najważniejszych artystów powojennej awangardy oraz sztuki najnowszej. O początkach tej kolekcji, jej ewolucji oraz planach na przyszłość rozmawiamy z jej twórcą, Grzegorzem Bielowickim.
Joanna Wolan: Jak zaczęła się Pańska przygoda z kolekcjonowaniem sztuki? Czy pamięta Pan pierwszą zakupioną pracę?
Grzegorz Bielowicki: Sztuką zafascynowałem się dopiero w dorosłym życiu, i to też nie od razu. Najpierw zajmowały mnie studia i zawodowa praca. Dopiero później zacząłem mieć więcej czasu i podjąłem próby zrozumienia sztuki. Nadal próbuję i mój gust się zmienia – chciałbym wierzyć, że dojrzewa.
Moje pierwsze prace to dwie inkografie Edwarda Dwurnika – "CWKS Legia" – jako prezent dla starszego syna oraz druga przedstawiająca Warszawę ("Most na Wiśle i Pałac Kultury"), którą kupiłem dla siebie.
JW: Czy od początku miał Pan strategię lub plan na rozbudowywanie swojej kolekcji? Czy pierwsze wybory były bardziej emocjonalne i intuicyjne?
GB: Nie miałem strategii, ona w moim kolekcjonowaniu pojawiła się dopiero po kilkunastu latach. Zawsze jednak kupuję tylko te prace, które wywołują u mnie emocje i które mi się podobają.
W ostatnich latach zacząłem koncentrować się na sztuce współczesnej, tworzonej przez często młodych artystów. Otworzyłem się też na sztukę zagraniczną – początkowo geograficznie bliską: ukraińską, czeską, rumuńską i inną środkowoeuropejską. Jest to sztuka społeczeństw, które przebyły drogę rozwoju i ewolucji, podobną do polskiej. Towarzyszące temu emocje i zmiany wrażliwości oddawane w twórczości poszczególnych artystów bardzo mnie interesują, w niektórych przypadkach na zasadzie paraleli z polską sztuką. Ostatnio fascynuje mnie sztuka afrykańska – bardzo świeża, oddająca uczucia tego niezwykle zróżnicowanego kontynentu i moim zdaniem często bardziej prawdziwa i naturalna niż sztuka, jaką oglądamy w galeriach i instytucjach europejskich.
Moim wielkim hobby jest też rzeźba plenerowa i plan stworzenia na Mazurach parku rzeźby. Pierwsze prace właśnie ustawiamy – ale jest to projekt na kolejne kilkanaście lat. Fascynujący jest ten dość wczesny etap projektowania całości, spotkań na miejscu z artystami, wspólne poszukiwania optymalnych lokalizacji i wędrówki, podczas których projekty nabierają końcowego wyrazu. Myślę, że w miarę uruchomienia programu rezydencjalnego przy parku rzeźby to przedsięwzięcie zyska jeszcze dodatkowy walor.
JW: Czy w tej początkowej fazie edukowania i oglądania sztuki lub w późniejszym etapie ktoś Panu doradzał przy podejmowaniu decyzji? Czy to zawsze były Pana osobiste wybory?
GB: Na początku byłem sam. Rozmawiałem z wieloma właścicielami galerii, poznawałem ich zdanie. Miotałem się między różnymi pomysłami. Nie byłem pewien, co mi się podoba. Nadal tego do końca nie wiem.
Parę lat temu spotkałem dojrzałego i dużo bardziej doświadczonego kolekcjonera – Pawła Prokesza – i od pewnego czasu Paweł pomaga mi znaleźć drogę, uniknąć błędów, nie poddawać się modzie. Otwiera mi też drzwi do pracowni wspaniałych artystów i do polskich oraz zagranicznych galerii. Myślę, że w procesie dialogu nadajemy kolekcji nowy wymiar zorientowany teraz także na nowe zjawiska w sztuce światowej.
JW: Patrząc na katalog nadchodzącej aukcji, wyraźnie widać, że abstrakcja geometryczna jest jednym z nurtów, który ma liczną i silną reprezentację w Pańskiej kolekcji. Którego z tych artystów ceni Pan najbardziej?
GB: Tak, abstrakcja geometryczna i jej okolice podobały mi się od początku. I mam takich prac wiele. Twórcy, których szczególnie cenię, to Julian Stańczak – z jego wspaniałą pracą "Hot Boreal" postanowiłem się jednak rozstać, ale też Aleksandra Jachtoma i Stefan Gierowski – których prace mamy w domu na ścianach. W przypadku profesora Gierowskiego udało mi się też pozyskać jego realizację przestrzenną. Cieszę się, że mam też w kolekcji zbiór geometrycznych prac Emilii Bohdziewicz i jej męża Ryszarda Winiarskiego, w tym kilka nieco "nieoczywistych". Kierunkiem rozwoju tego działu kolekcji byłoby z pewnością pozyskanie prac na wskroś współczesnych twórców międzynarodowych: czy może być w tej materii coś bardziej inspirującego niż obecnie trwająca wystawa prac Julie Mehretu w MSN-ie?
JW: Pańska kolekcja oraz jej fragment, który pokażemy na aukcji, są bardzo zróżnicowane pod względem twórców, technik, nurtów. Czy od początku taki był cel, aby stworzyć kolekcję, która uchwyci różnorodność polskiej sztuki współczesnej?
GB: Początkowo chciałem oddać w swej kolekcji główne nurty polskiej sztuki powojennej. Nie mogę powiedzieć, że mi się to udało. A ponieważ teraz coraz mocniej patrzę w kierunku sztuki zagranicznej, to nie osiągnę tego celu nigdy, nie jest to też już wcale moim nadrzędnym celem. Ale czy komuś udało się stworzyć kolekcję kompletną…?
Cele i kierunki rozwoju tworzonej kolekcji mogą i powinny dynamicznie się zmieniać. Kolekcjonowanie jest przecież też formą materialnej realizacji naszej ciekawości nieustannie zmieniającego się świata.
JW: Jest jedno pytanie, które niezwykle często pada w rozmowie z kolekcjonerem, czyli historia pracy, której nie udało mu się kupić i tego bardzo żałuje. Wielu ważnych kolekcjonerów ma przynajmniej jedną taką opowieść, gdy ta decyzja nie zapadła na czas i pozostał niedosyt. Czy ma Pan taką historię?
GB: Oczywiście, mam takich przykładów wiele. Mogłem od innego kolekcjonera kupić wspaniały relief Henryka Stażewskiego, innym razem nigdy niesprzedawanego Fangora – i niestety się nie zdecydowałem. Potem prace te sprzedały się dużo drożej na aukcjach.
Na początku swojej drogi bałem się też odważnych decyzji – nie kupiłem tanich jeszcze wtedy prac np. Agaty Kus i Karola Palczaka – po paru latach zapłaciłem za nie kilkukrotnie więcej. Mam też na szczęście trochę unikalnych i dobrze kupionych prac Tarasewicza, Lebensteina czy Tchórzewskiego.
Dzisiaj jestem już odważniejszy – mam prace Ant Łakomsk, Marty Niedbał, Rafała Zajko czy Jana Musiałowskiego – w których talent i dalszy rozwój bardzo wierzę; nabyłem też dzieła szybko uzyskujących instytucjonalne i kolekcjonerskie uznanie artystów afrykańskich, np. Jonathana Okoronkwo i Moffata Takadiwa. Ostatnio kupiłem rzeźbę Berenice Olmedo, kolażowe prace na tkaninach Krsesiah Mukhwazi czy właśnie instalowaną zewnętrzną instalację Fredericka Ebenezer Okai.
JW: To pytanie z pewnością zaciekawi wiele osób: dlaczego zdecydował się Pan na rozstanie z częścią swojej kolekcji?
GB: Moja kolekcja bardzo się rozrosła. Wspólnie z żoną uważamy, że sensem nabywania dzieł sztuki jest również dzielenie się z innymi ich, odruchowo chciałoby się powiedzieć: "pięknem", ale tak naprawdę raczej walorami artystycznymi, a może najbardziej sensem i wartościami intelektualnymi, które niosą. Dlatego też postanowiliśmy stworzyć na Mazurach ogród rzeźby i galerię, które będziemy udostępniać. To "dzielenie się" nie jest li tylko altruistyczną działalnością: to stworzenie płaszczyzny rozmowy o sztuce, wymiany doświadczeń, wiedzy – a to wszystko może być inspirujące dla nas samych w dalszej rozbudowie własnej kolekcji.
Ale nie pokażemy tam wszystkich prac, nawet tylko tych naprawdę dobrych – to jest fizycznie niemożliwe. Dlatego zdecydowaliśmy się część prac sprzedać, mam nadzieję, że będą niedługo cieszyć nowych właścicieli.
JW: Czy na aukcji pojawi się praca, z którą szczególnie trudno będzie się Panu rozstać?
GB: Duża część naszej kolekcji to prace kobiet, nadal często niedocenianych. Sądzę, że zwłaszcza w powojennej Polsce kobiety artystki, aby osiągnąć sukces, musiały być silniejsze i bardziej zdeterminowane od mężczyzn, może też przewyższające swoich kolegów pod względem artystycznym. Dzisiaj, choć wiele się zmienia w tej materii, ich prace nadal pozostają często tańsze i niedoceniane. Z nimi rozstaję się z większym żalem.
Mam ulubione artystki, których wyjątkowe prace stosunkowo rzadko trafiają na aukcje i bardzo się wahałem, zanim zdecydowałem się je oddać, to zwłaszcza Bożenna Biskupska (mam też jej kolekcję niezwykłych rzeźb), a ze współczesnych Lia Kimura.
JW: Obecnie w Polsce otwiera się coraz więcej prywatnych instytucji, w których kolekcjonerzy upubliczniają swoje zbiory – wszystko wskazuje na to, że takich miejsc będzie powstawać coraz więcej. Z perspektywy kolekcjonera, jak Pan ocenia to zjawisko?
GB: W wielu krajach prywatne instytucje są bardzo ważnym elementem upowszechniania sztuki i edukacji artystycznej. Wspaniale, że w Polsce zaczynają one też powstawać. Wierzę, że ten trend będzie już tylko przybierał na sile. Sam też chcę iść w tym kierunku i myślę, że niebawem będę mógł zaprosić do swojej mazurskiej galerii i parku rzeźb.
Byłoby wspaniale, gdyby władze polskich miast podążyły tym śladem i pomyślały o udostępnianiu niewykorzystanych nieruchomości osobom chcącym je wyremontować, aby tam stworzyć publicznie dostępne galerie sztuki.
JW: Czy miałby Pan radę dla osób, które zastanawiają się nad rozpoczęciem przygody ze sztuką, ale nie wiedzą, od czego zacząć? Czy Pańskim zdaniem jest pewien krok albo etap, od którego warto rozpocząć?
GB: Mam takich rad kilka: najważniejsze – kupujcie tylko to, co się Wam podoba i wywołuje u Was emocje; znajdźcie doświadczonego kolekcjonera czy kuratora, z którym możecie rozmawiać o swojej pasji i który nie ma ekonomicznego interesu, aby Wam coś sprzedać; oglądajcie sztukę tak często, jak tylko możecie – w galeriach, na targach sztuki, w Desie – przed aukcjami można tu obejrzeć często lepsze prace niż wystawiane w muzeach. Szczególnie warto odwiedzać zagraniczne muzea i galerie, ale także targi takie jak Frieze czy Art Basel. Stosunkowo wcześnie warto też odkrywać wątki rozwoju prądów i tendencji w sztuce, także poprzez lekturę. I na koniec żartobliwie: warto pamiętać, że sztuka to nie tylko fenomen nadwiślański – w miarę możliwości patrzcie szerzej.